Źródło: managermagazin 12/07
Autor: Piotr Stefaniak
Innowacje. Wielu polskich menedżerów nie rozumie sensu stawiania na innowacyjność. Zdecydowanie za małe nakłady na badania i rozwój oraz zły model współpracy polskiej nauki z naszymi przedsiębiorstwami nie biorą się więc z niczego.
Człowiek z natury jest leniwy i dlatego wymyśla kolejne wynalazki. Większość pomysłów rodzi się w czasie pokoju, z chęci ulżenia sobie w pracy, podniesienia jej wydajności lub w celach... rozrywkowych. Powstają planowo, metodycznie albo przypadkowo - jak stało się z jednym z najnowszych wynalazków, który za jakiś czas może doprowadzić do przełomu w technice i przemyśle.
Ideę bezprzewodowego przekazu energii, opartego na zjawisku rezonansu dwóch cewek, stworzył prof. Marin Soljacic (rocznik 1974) ponoć wtedy, gdy kolejny raz obudził go w nocy telefon komórkowy przypominający, że musi go doładować. Rozwijał ją z zespołem badawczym z prestiżowej amerykańskiej uczelni MIT, aż w czerwcu tego roku zapalił sześćdziesięciowatową żarówkę, która nie była podłączona kablem do źródła energii. Czy Polacy są zatem mniej leniwi, że tak mało słychać o ich wynalazkach?
Dane statystyczne są bezlitosne. Co roku polskie firmy zgłaszają do
Europejskiego Urzędu Patentowego zaledwie kilkadziesiąt wniosków o
ochronę technologii (patentów) - czyli średnio 2,7 na milion
mieszkańców. Ten wskaźnik w Unii Europejskiej sięga 134. Jedynie co
dziesiąte krajowe przedsiębiorstwo inwestuje w badania i rozwój
(R&D). W efekcie produkty wysokich technologii mają zaledwie 6
proc. udział w polskim eksporcie (dla porównania: w irlandzkim - aż
50-procentowy). Jednak rzeczywistość oceniana nie przez pryzmat
statystyki jest nieco mniej czarna.
Wiele innowacyjnych pomysłów
powstających w Polsce znajduje nabywców w USA, Europie Zachodniej i
Japonii - stwierdza Beatrice Shepherd, dyrektor wydziału Europy
Środkowo-Wschodniej we Frost & Sullivan.
Świat je kupuje,
ponieważ są rewelacyjne. I u nas więc można spotkać badaczy z pasją i z
błyskiem w oku, a co istotne, potrafią oni samodzielnie lub przy pomocy
przedsiębiorców zamienić pomysł w dochodowy biznes.
Na
listopadowym kongresie AAO, który odbył się w Nowym Orleanie, polska
spółka z Zawiercia Optopol Technology zaprezentowała dwa tomografy
okulistyczne nowej generacji.
- Wywarliśmy ogromne wrażenie - mówi Adam Bogdani, prezes firmy.
Spektralna tomografia od kilku zaledwie lat jest podstawową metodą
badań diagnostycznych w okulistyce. Pozwala w czasie rzeczywistym
zbadać dno oka, siatkówkę i tarczę nerwu wzrokowego - dzięki skanowaniu
ich struktury laserem.
Nowe tomografy z Zawiercia uzyskują do 55
tyś. skanów (czyli przekrojów) na sekundę, a obrazy mają rozdzielczość
trzech mikronów.
- Konkurencja dopiero teraz zaczyna wprowadzać na
rynek wolniejsze tomografy pierwszej generacji, jakie sprzedajemy od
wielu miesięcy - podkreśla prezes Adam Bogdani.
Optopol był
technologicznym pionierem. Adam Bogdani, prawnik z wykształcenia, usuwa
się skromnie na drugi plan, gdy mówi o zamianie teorii i metody
spektralnej tomografii na produkt („była ona prezentowana na
konferencjach naukowych już pod koniec lat 80."). Zrobiła to grupa
naukowa z Zakładu Fizyki Medycznej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w
Toruniu pod kierownictwem prof. Andrzeja Kowalczyka i dr. Macieja
Wojtkowskiego. Niemniej jednak sukces biznesowy Optopolu jest zasługą
właśnie prezesa Bogdaniego. To on doprowadził do aplikacji patentowych,
opracował konstrukcje, a następnie zorganizował wytwarzanie i sprzedaż
specjalistycznego sprzętu medycznego. Dziś Optopol sam tylko spektralny
tomograf okulistyczny eksportuje do 60 krajów.
Spółka pływa wśród
rekinów, których przychody sięgają często kilku miliardów dolarów, przy
jej skromnych 34,5 min złotych. Dlatego zarząd Optopolu złożył
aplikację do Komisji Papierów Wartościowych o dopuszczenie walorów do
publicznego obrotu. Pozyskane środki przeznaczy na badania naukowe i
rozwój technologii oraz na akwizycje. Dwa lata temu firma zatrudniała
50 osób, teraz - 150.
- Nie mamy żadnych kompleksów wobec
światowych graczy - zdecydowanie stwierdza prezes Bogdani. - Mamy za to
wizję i pasję, bez których nie bylibyśmy w miejscu, gdzie jesteśmy.Na internetowych stronach PLL LOT biuro obsługi klienta prowadzi...
wirtualna stewardesa. Pani Kasia, tak jej na imię, odpowiada na pytania
podróżnych i pomaga odnaleźć informacje z serwisu LOT-u. Od kiedy
pracuje, przeprowadza do 500 rozmów dziennie, a liczba zapytań drogą
elektroniczną spadła do 70 proc. w miesiącu, co przynosi wymierne
oszczędności.
Ten awatar (reprezentant świata wirtualnego)
stworzony został przez dziesięcioosobowy zespół informatyków,
skupionych wokół trzech właścicieli spółki InteliWise. To w niej
właśnie opracowuje się oprogramowanie komputerów, przydające im nieco
więcej „sztucznej inteligencji", co z kolei pozwala na analizę i
syntezę języka naturalnego przez maszynę, a także na logiczny dialog z
człowiekiem.
- Jesteśmy w awangardzie nie tylko ze względu na
pomysł, ale i na moment uruchomienia rozwiązania - nie kryje dumy
prezes Marcin Strzałkowski.
Prace nad programem zespół rozpoczął
pięć lat później od kilku firm zachodnich. Dzięki temu przeskoczono dwa
pośrednie etapy technologiczne. Konkurencja pisała programy pod powolny
internet i pod małej mocy procesory, a ponieważ radykalnie zwiększyła
się szybkość przesyłania danych oraz mocy obliczeniowej, InteliWise
oferuje już bardziej optymalne rozwiązania do najnowszych zastosowań.
-
W pewnych technologiach Polska istotnie ma możliwość ominięcia
kolejnych faz rozwoju i stawania do konkurencji z firmami zachodnimi z
sektora
hi-tech - uogólnia tę interesującą sytuację Beatrice Shepherd.
Teraz InteliWise rozbudowuje program do postaci konwergentnej
platformy, którą da się wykorzystać do masowych zastosowań, również
przez małe i średnie firmy.
- Rynek wirtualnych asystentów wciąż
znajduje się we wczesnej fazie rozwoju, dlatego widzimy ogromne szansę
rozwoju, ale też awansu - nie kryje Marcin Strzałkowsi.
Silne
natarcie małych przedsiębiorstw odnotowuje zespół pod kierownictwem
doc. Tadeusza Baczki z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN. Dla potrzeb
trzeciego „Rankingu 500 najbardziej innowacyjnych firm" przeanalizował
26 tyś. przedsiębiorstw oraz wybrał spośród nich 3 tyś., które
prowadzą różne działania innowacyjne - w szerszym zakresie niż
wynikałoby to z krajowej przeciętnej. W tej grupie dominują średnie i
małe spółki, ale jest też duża reprezentacja przedsiębiorstw mikro. Czy
to nowe zjawisko, zwiastujące zmiany w polskiej innowacyjności? Nic tak
nie trafia do wyobraźni menedżerów i właścicieli, jak marzenie o
szybkim awansie oraz wyrwaniu się z działalności garażowej.
W
jednym pokoju rozpoczynał na przykład karierę dr Lechosław Ciupik. W
połowie lat 90. wrócił do kraju, po kilku latach pracy na uniwersytecie
amerykańskim oraz w instytutach badawczych Niemiec i Japonii. Stamtąd
przywiózł pierwsze zlecenia. Na ich realizację nie pozwalała jednak
skostniała struktura ówczesnej Wyższej Szkoły Inżynierskiej, w której
się zatrudnił. Dlatego założył spółkę LfC. Zaczął od produkcji prostych
implantów kręgosłupowych leczących skoliozy.
- Pewnego dnia
przypadek popchnął mnie i współpracowników w nowe obszary innowacji -
opowiada dr Ciupik i wyjaśnia, że żona ordynatora oddziału ze szpitala,
który leczy schorzenia kręgosłupa zachorowała na raka piersi. Choć
przeprowadzona operacja mastektomii była udana, rak zdążył zająć kilka
kręgów.
- Jak mogę jej pomóc? - pytał bezradny mąż. Z problemem
zmierzył się zespół dr. Ciupika i z innych ośrodków medycznych. Było to
ogromne wyzwanie, implanty musiały zachować wszystkie właściwości
naturalnych kręgów. Udało się.
Dziś system kręgosłupowy DERO to
zestaw implantów, instrumentów chirurgicznych oraz procedur
operacyjnych, które służą wspomaganiu kręgosłupa na całej jego długości
- od potylicy do kości krzyżowej. 70 typów implantów można stosować
samodzielnie, ale ponieważ są kompatybilne, daje się je łączyć i
budować z nich układ leczący różne dysfunkcje kręgosłupa, a następnie
go wszczepić, podczas mało inwazyjnych, operacji endoskopowych. Właśnie
na tym polega światowa unikatowość metody DERO.
- Niedawno metodę
chirurgicznego leczenia kręgosłupa lędźwiowego wraz z know-how na
produkcję implantów i narzędzi chirurgicznych sprzedaliśmy do USA -
mówi dr Ciupik.
Sprawdzał specjalnie ten fakt i jest przekonany,
że w powojennej historii polskiej nauki nie było transakcji zbycia do
Stanów Zjednoczonych tak bogatego pakietu IP (wartość intelektualna - z
ang. intellectual properties).
Ogłoszona w 2000 r. tak zwana
strategia lizbońska miała uczynić z Unii do 2010 r. najbardziej
konkurencyjną gospodarkę świata. Już wiadomo, że to się nie uda. Co
gorsza, poziom finansowania R&D w relacji do PKB nie zmienił się w
krajach unijnych od dziesięciu lat (1,84 procent). I choć cała Unia nie
ma powodów do zadowolenia (z małymi wyjątkami, jak Szwecja, Irlandia,
Niemcy), to u nas jest szczególnie źle - pod względem działalności
innowacyjnej Polska plasuje się na końcu UE. Komisja Europejska ubolewa
nad dwoma podstawowymi problemami występującymi w naszym kraju:
niewielkimi środkami przeznaczanymi na R&D oraz niezadowalającą
współpracą polskich firm z ośrodkami akademickimi. Dlaczego tak się
dzieje?
- Innowacyjność nie jest postrzegana jako czynnik wzrostu
konkurencyjności przedsiębiorstw i gospodarki - uważa Aleksandra
Jargot, analityk rynku automatyki przemysłowej i elektroniki z Frost
& Sullivan.
Według niej, sytuacja ta jest rezultatem
mentalności szefów firm. Taki jest też jeden z wniosków ubiegłorocznego
badania ankietowego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, który
przeprowadzono wśród kilkuset przedsiębiorców oraz menedżerów. Aż jedna
piąta z nich nie miała pojęcia o możliwościach współpracy ze
środowiskiem naukowym, a więcej niż co trzeci (38 proc.) nie wiedział,
jak dotrzeć do ośrodków naukowych zainteresowanych komercjalizacją
badań. Z kolei w grupie menedżerów „bardziej świadomych", 56 proc.
odpowiedziało, że nie widzi potrzeby współpracy z naukowcami, ponieważ
nie odniesie się z tego dużych korzyści. Ponadto nisko oceniano
praktyczne zastosowanie innowacji stworzonych w krajowych ośrodkach
naukowych albo nie widziano, w czym one mogą pomóc.
Naukowcy
odbijali piłeczkę i większość z nich (68 proc.) twierdziła, że są
autorami rozwiązań, które nadają się do komercjalizacji, tylko że
przedsiębiorcy nie chcą ich kupić.
Ten zaklęty krąg można
przerwać, co pokazuje przykład CMG Komag z Katowic. Gdy jego nowy
dyrektor, Andrzej Meder, powrócił do tego ośrodka po pracy w przemyśle,
miał trudności z nawiązaniem kontaktów z szefami przedsiębiorstw.
Otwierali szafy i pokazywali mu leżące na półkach projekty badawcze,
których nie wdrożono, bo ich zdaniem były zbyt drogie lub błahe.
-
Przemysł potrzebuje efektywnych rozwiązań innowacyjnych, dostosowanych
do potrzeb odbiorcy - mówi Andrzej Meder. - Tę barierę pokonujemy
dzięki współpracy z użytkownikami już w początkowym etapie naszych prac.
Jeszcze kilka lat temu pracownicy naukowi Komagu robili projekt i dopiero po ukończeniu szukali nabywcy.
- Szyliśmy buty w rozmiarze 46, natomiast producent chciał numer 42 - ujmuje tę strategię Andrzej Meder.
Od tamtego czasu naukowcy nie dostaną pieniędzy na nowy projekt
(nawiasem mówiąc, na granty rozpisywane są wewnętrzne konkursy), jeżeli
nie zrealizują go z potencjalnym odbiorcą.
Na przykład we
współpracy z zakładami górniczymi powstała innowacyjna technologia
powłok ochronnych durachrom, która kilka razy wydłuża okres trwałości
powierzchni górniczych zespołów hydraulicznych. Grupa Kopex zaczyna
właśnie realizować duży kontrakt eksportowy do Chin - sprzedano tam
maszyny zabezpieczone właśnie przez durachrom. Komag zaś kończy pracę
nad kombajnem ścianowym, powstającym we współpracy z Kopeksem, o mocy
drążenia siedem razy większej od urządzeń oferowanych na rynku
światowym. To może być wielki sukces.
DLA TYCH PRZEDSIĘBIORSTW,
które wprowadziły w ubiegłym roku jakiekolwiek innowacje produktowe lub
procesowe (według danych GUS - było ich 42,5 proc.), największą barierę
w szerszym rozwinięciu tej działalności stanowi problem ich
sfinansowania. Czy pomogą w tym środki unijne? Z Programu Operacyjnego
Innowacyjna Gospodarka na lata 2007 - 2013 możemy uzyskać 8,3 mld euro.
-
Pamiętajmy, że co najmniej drugie tyle muszą dołożyć aplikujący
przedsiębiorcy - mówi Ignacy Miedziński, prezes spółki Informatyczne
Systemy Zarządzania z Chorzowa. - W dodatku trudno pokonać bariery
biurokratyczne, utrudniające dostęp do tego miodu.
Jednak Agnieszka Gryzik, dyrektor Departamentu Wdrożeń i Innowacji MNiSW, protestuje:
- Nowe wnioski aplikacyjne są naprawdę proste.
Zgodnie z polskim programem „Innowacyjna gospodarka" przyjętym przez
rząd, obecnie po raz pierwszy występować o granty mogą nie tylko
ośrodki badawcze, ale także przedsiębiorcy, a pieniądze przeznaczać i
na część R&D, i na wdrożeniową. Przy tym wystarczy w tym celu
złożyć tylko jeden czterostronicowy wniosek.
Z analiz zespołu INE
PAN wynika także, że przedsiębiorstwa pokrywają nakłady na innowacje
głównie z własnych środków, na drugim miejscu z kredytów bankowych, a w
dalszej kolejności z pieniędzy publicznych.
- Od roku zaskakująco
wysoką pozycje mają „inne" źródła finansowania, do których zalicza się
fundusze wysokiego ryzyka, fundusze aniołów, seeds capital i granty
bezzwrotne - przyznaje docent Tadeusz Baczko.
Według niego,
upowszechniając ten model finansowania, Polska mogłaby - tak jak USA -
zwiększyć liczbę małych firm innowacyjnych i złagodzić
problem braku pieniędzy na R&D.
Jednym z pięciu funduszy aniołów, który uzyskał już wsparcie z unijnych
środków operacyjnych, jest Business Angel Seedfund. Stworzyło go na
początku tego roku trzech biznesmenów: Maciej Duda, Maciej Grabski i
Jędrzej Wittchen. Dzisiaj fundusz ma do dyspozycji 39 min złotych.
-
Inwestujemy w firmy we wczesnej fazie rozwoju, tzw. start-upy, a nawet
w pomysły na biznes, czym różnimy się od innych funduszy prywatnych
mówi Michał Olszewski, prezes BAS. W zależności od potrzeb, wspieramy
opracowanie strategii, dobór ludzi, pozyskiwanie kluczowych
kontraktów, kontrolę finansową oraz, oczywiście, dostarczamy kapitał na
rozwój.
Po pół roku istnienia, BAS ma w portfelu cztery
inwestycje, w tym spółkę Polymem, w której kupił udziały za 700 tyś.
złotych. Polymem założyło kilku profesorów chemii Politechniki
Warszawskiej, w celu produkcji membran polipropylenowych stosowanych w
ochronie środowiska. Technologię taką ma tylko kilka ośrodków naukowych
na świecie, a więc uruchomienie wytwarzania membran może zaowocować
powstaniem wielkiego biznesu.
KAŻDY KRAJ MA LIDERÓW
innowacyjności. W Polsce po raz trzeci wskaże ich INE PAN w „Rankingu
500 najbardziej innowacyjnych firm", który powstaje we współpracy z Dun
& Bradstreet i BRE Bankiem. Lista będzie wkrótce opublikowana, ale
już dziś wiadomo, że większość z nich to jednak duże spółki. Dowodzi to
raz jeszcze, jak ważny jest potencjał kapitału, tyle że trzeba go także
odpowiednio wykorzystać.
W sierpniu Grupa Ciech ogłosiła program
rozwoju nowych produktów i technologii. Okazuje się, że dotychczas
wydawała na to niewiele ponad 7 min zł (0,3 proc. przychodów), chociaż
ma ośrodki naukowe i stu badaczy. Planuje tę sytuację radykalnie
zmienić i w ciągu pięciu lat przeznaczać na R&D 100 min zł (1,8
proc. planowanych obrotów). To i tak mało w porównaniu z wieloma
konkurentami zagranicznymi, którzy poświęcają na ten cel do 2,5 proc.
przychodów. Innowacje są również istotne w firmach usługowych,
szczególnie gdy sięgają one po technologie informacyjne, komunikacyjne
i szkolenia personelu. Choć sektor usług odgrywa niewielką rolę jako
producent wysokiej techniki, niektóre jego dziedziny, takie jak
bankowość, ubezpieczenia czy usługi finansowe są znaczącymi jej
użytkownikami. Innowacje z powodzeniem można stosować w dystrybucji,
czego przykładem jest hurtownia PGF z Łodzi.
- Dzięki naszym
pomysłom wykorzystującym internet wyprzedzamy konkurencję przynajmniej
o dwa lata - zaznacza prezes Jacek Szwajcowski.
Ostatnie badania
Frost & Sullivan dotyczące polskiego rynku automatyki i elektroniki
pokazują, że Polska staje się centrum badań i rozwoju dla
międzynarodowych korporacji. Już działa u nas 40 centrów R&D
zagranicznych inwestorów, w których obecnie pracuje ponad 4,5 tyś. osób.
Pierwsze
jaskółki? Może i tak. Ale wiosna dla polskiej innowacyjności nastanie
dopiero wtedy, gdy te jaskółki znajdą liczniejszych naśladowców.